czwartek, 13 lutego 2020

PIGUŁKA nr.6/20


PIGUŁKA                Warszawa 14.02.2020r.
Co słychać w Solidarności                    Nr 06/20
Tygodnik NSZZ Solidarność Polfa Warszawa S.A.
___________________________________________________________________________________________________________________________________

W Polfie Warszawa  S.A.

W poprzedniej „Pigułce” pisałem o ustaleniach płacowych w Polfie Warszawa a w tym tygodniu w poniedziałek uczestniczyłem w rozmowach płacowych w Biurze Handlowym ( Bobrowicka). Przypomnę, że w wakacje tamtego roku rozszerzyliśmy naszą działalność o Biuro Handlowe (BH). Powolutku organizacja się rozwija. Zaczynaliśmy od kilku członków związku a dzisiaj mamy w BH już 28 osób. To nadal nie jest zbyt wiele, ale nie jest źle i mam nadzieję, że nadal organizacja będzie się rozwijać. Wracając do rozmów płacowych w BH, to muszę powiedzieć, że w czasie około 2,5 godz. omówiliśmy wiele spraw, problemów i w podsumowaniu dokonaliśmy pewnych ustaleń. Teraz czekam na projekt porozumienia płacowego, które mam nadzieję wkrótce podpiszemy. To były pierwsze w historii negocjacje płacowe w BH w których uczestniczyłem a więc strony (pracodawca-związek) w pewnym sensie uczą się jak procedować. Co do ustaleń płacowych jestem umiarkowanie zadowolony jak na pierwsze negocjacje, natomiast mam duży niedosyt co do załatwienia problemów, które członkowie związku z BH mi przekazali i które poruszyłem na spotkaniu. Nie uzyskałem w tych sprawach zrozumienia i deklaracji załatwienia spraw, no to oznacza dla mnie, że tematy te trzeba będzie w przyszłości nadal omawiać. Niemniej jednak jestem pozytywnie nastawiony co do dalszej współpracy i spotkanie z Panią Dyrektor HR , Dyrektorem ds. Wynagrodzeń i Prezesem BH uważam za bardzo owocne.

W tym tygodniu mogę również odnotować historyczny moment dla naszej organizacji, ponieważ udało się rozszerzyć naszą działalność związkową o Centrum Usług Nowoczesnych Sp. z o.o. (CUN) w Duchnicach. Przypomnę, że kilka miesięcy temu zarejestrowaliśmy w Regionie Mazowsze rozszerzenie naszej działalności o ZFP Inwestycje Sp. z o.o. w Duchnicach a teraz również Centrum Usług Nowoczesnych Sp. z o.o. Tym samym w nowej fabryce w Duchnicach Organizacja Międzyzakładowa NSZZ Solidarność Polfa Warszawa istnieje w obydwu spółkach i w związku z powyższym mam nadzieję, że wkrótce będziemy mogli rozpocząć negocjacje Zakładowych Układów Zbiorowych w tych Spółkach. Sądzę również, że z czasem te dwie spółki połączą się w jedną i będzie jedna nazwa firmy i jestem pewien, że nie będzie to „Duch Czasu” jak to kiedyś ktoś w konkursie ( o zgrozo) rozstrzygnął nazwę nowej firmy. Ciągle nie wiem dlaczego to nie może być Polfa Warszawa, przecież to marka z tradycją 195 lat. Może jednak ktoś z właścicieli się w końcu obudzi i jednak uzna, że to najlepsza nazwa dla nowej fabryki ? Zobaczymy.

Kilka tygodni temu pisałem, że nasz ubezpieczyciel Hestia przeszacował nasze ubezpieczenie i dopłaca ponoć  do interesu 😊 i w związku z tym chce wypowiedzieć umowę. Wspominałem, że będziemy najprawdopodobniej negocjować z innym ubezpieczycielem no i okazuje się, że pracownicy zaczęli się zastanawiać czy mają nadal ubezpieczenie. No oczywiście, że tak, proszę się nie martwić. Ubezpieczenie w Hestii nadal jest i przed zakończeniem terminu umowy zapewne podpiszemy umowę z inną firmą. Moim zdaniem będzie to PZU, co jest pewną ironią losu, bo mieliśmy PZU a Grupa Polpharma usilnie namawiała nas na Hestię a teraz w Starogardzie już zamienia się Hestię na PZU i najprawdopodobniej u nas będzie tak samo. Tak sobie kojarzę, że już wiele takich spraw było od prywatyzacji, najpierw coś u nas likwidowano, bo było rozwiązaniem złym, przestarzałym, wprowadzano nowoczesne a z czasem okazywały się stare rozwiązania (nasze) lepsze od tych nowoczesnych korporacyjnych.

Jeszcze jedno wyjaśnienie. Mamy teraz okres ocen rocznych pracowników i zapewne w związku z tym napłynęły pytania, jakie oceny trzeba mieć żeby być uprawnionym do premii retencyjnej. Pytania wynikają z faktu, że w międzyczasie od podpisania regulaminu premii retencyjnej do chwili obecnej zmieniała się skala ocen. W regulaminie jest zapisane, że aby uzyskać premię trzeba mieć ocenę minimum ME minus. No a teraz takiej oceny nie ma. Przypomnę, że 6 września 2019r.był przesłany komunikat Zarządu mówiący o: „Od 2019 roku minimalną oceną roczną uprawniającą do świadczeń w ramach Regulaminu retencji jest ocena B”. To oznacza, że nie będą uprawnieni tylko ci pracownicy, którzy mają oceny niższe niż B (Niewystarczający) tj. mają oceny A ( Nieakceptowalny). Oczywiście do przyznania premii retencyjnej potrzebne są jeszcze inne elementy, wskaźnik absencji, przestrzeganie wartości, dyscypliny. Tak czy inaczej, zbliża się powoli termin wypłaty pierwszej części premii tj. 1 styczeń 2021r.

U właściciela ; W farmacji


ZABAWY Z WIRUSAMI   Dziennik

Tym, że śmiertelnie niebezpieczny mikroorganizm uciekł z laboratorium, nie lubią się chwalić ani naukowcy, ani rządy Tuż po wybuchu epidemii wywoływanej przez wirusa 2019-nCoV pojawiły się pogłoski, że drobnoustrój uciekł naukowcom. Mówił o tym m.in. w „Nature” Tim Trevan, założyciel CHROME Biosafety and Biosecurity Consulting, firmy specjalizującej się w „bezpieczeństwie biologicznym”. Przypomniał, że już dwa lata temu uczeni z USA wyrażali obawy, czy otwarte w Wuhan wielkie i nowoczesne laboratorium jest w pełni bezpieczne.
Kosztujący 300 mln juanów (44 mln dol.) obiekt chiński rząd zaczął budować po zdławieniu epidemii SARS w 2004 r. Pekin zapewniał wtedy Światową Organizację Zdrowia (WHO), że będzie ono spełniać najwyższe normy bezpieczeństwa BSL-4. Według Trevana i innych specjalistów – ten certyfikat mógł zostać przyznany ośrodkowi w Wuhan na wyrost. Kilka dni po tych rewelacjach ze zdaniem amerykańskiego eksperta zgodził się hiszpański mikrobiolog Francisco Mojica. Jego opinia ma o wiele większy ciężar gatunkowy, bo to światowej sławy uczony. Specjalizujący się w badaniach nad DNA oraz zachowaniami genotypów naukowiec oznajmił, że „nie zdziwiłby się”, gdyby koronawirus 2019-nCoV „był zmutowanym patogenem”, który wydostał się z laboratorium. Zastrzegając, że może to być przypadek, iż wirus pojawił się na targu znajdującym się w odległości ok. 30 km od ośrodka badawczego w Wuhan. Jednak takie zbiegi okoliczności są podejrzane. Zwłaszcza jeśli prześledzić, do jak bardzo nieodpowiedzialnych zachowań są zdolne rządy i pracujący dla nich uczeni, gdy przyciągnie ich uwagę niebezpieczny drobnoustrój, zdolny szybko zabijać ludzi. Polskie fobie „Konsekwencje wojny bakteriologicznej będą się stawały odczuwalne nie tylko przez siły zbrojne walczących stron, ale i przez całą populację ludności cywilnej, i to wbrew woli walczących stron, niezdolnych do określenia zasięgu działania tej broni” – oznajmił w maju 1925 r. podczas obrad Konferencji Genewskiej gen. Kazimierz Sosnkowski. Przedstawiciele mocarstw przygotowywali pierwszy w dziejach dokument mający chronić ludzkość przed bronią masowego rażenia. Jego twórcy skupili się na używanych podczas I wojny światowej gazach bojowych, tymczasem szef polskiej delegacji zaskoczył wszystkich wnioskiem o rozszerzenie traktatu o zakaz wytwarzania i używania broni biologicznej. „Jeśli chodzi o produkcję, to posiada przewagę nad bronią chemiczną. Może ona być produkowana łatwiej, taniej i w absolutnej tajemnicy” – mówił gen. Sosnkowski. Argumenty te skłoniły delegację USA do zainteresowania się sprawą. Pierwsze prace nad stworzeniem broni biologicznej rozpoczęły Niemcy jeszcze podczas I wojny światowej. A w połowie lat 20. polski wywiad zdobył informacje, że także ZSRR prowadzi eksperymenty z chorobotwórczymi drobnoustrojami. Te fakty przekonały Amerykanów do poparcia Polski. Dzięki temu w ostatecznej wersji genewski protokół został rozszerzony o zakaz tworzenia oraz używania broni biologicznej. Ale choć rządy poszczególnych państw podpisały i ratyfikowały protokół, to w tajemnicy pracowały nad bronią biologiczną. Największe zainteresowanie nią wykazywały Japonia, Niemcy oraz ZSRR. I nawet jeśli jakieś mikroorganizmy wydostawały się z laboratorium, nikogo specjalnie to nie przerażało. W czasach, gdy epidemie tyfusu, polio, chorób wenerycznych czy odry były codziennością, kolejne, wywołane z inicjatywy lub przez nieuwagę człowieka, nie czyniły większej różnicy. Poza tym w krajach totalitarnych ukrycie eksperymentów prowadzonych nawet na ludziach nie stanowiło problemu. Kłopotów z tym mogły doświadczyć jedynie rządy w państwach demokratycznych. Niefrasobliwość Londynu Brytyjski wywiad wojskowy zaczął ostrzegać rząd Zjednoczonego Królestwa, że Związek Radziecki oraz Japonia testują broń biologiczną, dopiero pod koniec lat 30. Za wyjątkowo niepokojące uznano dokonania japońskiej Jednostki 731 – informacje, że wojskowym z Kraju Kwitnącej Wiśni udaje się przy użyciu bakterii wąglika uśmiercać na masową skalę zwierzęta, skłoniły premiera Neville’a Chamberlaina do działań. Zadanie organizacji badań nad własną bronią biologiczną powierzył ministrowi Mauricowi Hankeyowi. Ten postanowił wykorzystać w tym celu istniejący już Ośrodek Obrony Chemicznej, który wkrótce przemianowano na Laboratorium Zdrowia Publicznego. 50 pracujących tam naukowców skupiło się na wągliku. A chcąc odrobić zaległości do Japończyków, pozwalano im na rzeczy, jakie w państwie demokratycznym są nie do pomyślenia. Bakteria wąglika atakuje bydło i konie, u człowieka zakażenie występuje rzadko, najczęściej przez uszkodzoną skórę. Pierwsze objawy są błahe i niewielu lekarzy jest w stanie postawić trafną diagnozę – zatkany nos, bóle stawów, suchy kaszel, zmęczenie. W tym stadium chorobę da się zwalczyć antybiotykami. Natomiast jeśli do zakażenia dochodzi przez układ oddechowy, laseczka wąglika powoduje śmiertelne krwotoczne zapalenie płuc. Japończycy nie doceniali tego ostatniego faktu. Naukowcy Jednostki 731 badali możliwości roznoszenia wąglika przez szczury. W ramach eksperymentu w 1940 r. samolot rozsypał skażone bakterią ziarna pszenicy i ryżu nad chińskim miastem Changde. Po siedmiu dniach ulice pokryły się zdechłymi gryzoniami, które zjadły ziarno. Wkrótce potem zmarło 90 osób. Takie naloty powtarzano jeszcze nad dwoma innymi miejscowościami w Chinach, łącznie odnotowując śmierć 600 ludzi z powodu zakażenia wąglikiem. O wiele lepsze efekty osiągnęli brytyjscy uczeni, którzy opracowali technologię suszenia laseczek wąglika. Sproszkowane bakterie dawało się potem rozpylać w powietrzu, zaś po zetknięciu z choć odrobiną wilgoci odzyskiwały zabójcze właściwości. Jak zadziała to w praktyce, postanowiono sprawdzić na leżącej u wybrzeży Szkocji wyspie Gruinard. Pewnego ranka mieszkańcy pobliskiego lądu ujrzeli nad niezamieszkałą przez ludzi wyspą samolot RAF zrzucający ładunek, który głucho eksplodował. „Przywiązano tam na postronkach owce do palików w określonej odległości od miejsca eksplozji, tak by znawcy broni mogli zbadać jej zasięg oraz skutki” – opisuje w książce „Tajemnicze choroby współczesnego świata” Pete Moore. „Wybrano akurat tę wyspę, gdyż według ekspertów była tak odizolowana, że wąglik łatwo dało się tam opanować. Lecz kiedy na szkockim stałym lądzie bydło szybko zaraziło się chorobą, która przedostała się pomimo oddzielającej fatalną wyspę wody, wszystkie testy wstrzymano” – wyjaśnia Moor. Ładunek zwierający ok. 100 kg sproszkowanego wąglika zabił zwierzęta na Gruinard oraz skaził ziemię. Przez następne kilkadziesiąt lat ludziom zabraniano wstępu na wyspę. Mimo to nie udało się zapobiec „ucieczkom” niebezpiecznej bakterii, bo roznosiły ją ptaki – w Szkocji odnotowano trzy epidemie wąglika w latach 1954, 1961 oraz 1965. W 1976 r. przeprowadzono na wyspie badania. Okazało się, że stężenie pałeczek bakterii w glebie pozostaje na podobnym poziomie jak zaraz po ich rozpyleniu. Stale czające się zagrożenie sprawiło, że decyzją brytyjskiego rządu w 1986 r. rozpoczęto sukcesywną dezynfekcję wyspy. Użyto do tego aż 280 ton formaldehydu. Jednak dopiero cztery lata później oficjalnie ogłoszono, że wąglik z wyspy Gruinard przestał zagrażać ludziom. Testy na epidemię Na londyńskiej stacji metra Colliers Wood 26 lipca 1963 r. w porze lunchu zjawił się pracownik brytyjskiego kontrwywiadu z bardzo nietypową misją. Po tym jak wsiadł do pierwszego składu, tuż przed stacją Tooting Broadway, wyciągnął z kieszeni zwykłą puderniczkę, po czym uchylając okno, wysypał jej zawartość do tunelu – i rozpylił drobnoustroje Bacillus globigii (częściej jest określana jako Bacillus subtilis – laseczka sienna). Bakteria ta w żaden sposób nie zagraża ludzkiemu zdrowiu, dlatego idealnie nadawała się do testu określającego, jak szybko może rozprzestrzeniać się niebezpieczny patogen, gdyby przy jego użyciu zaatakowano Londyn. Po tygodniu wykryto silne skażenie we wnętrzach wszystkich składów metra oraz na obszarze 16 km od punktu zero. Wkrótce taki sam test przeprowadzili Amerykanie w Nowym Jorku. Drobnoustroje, uwięzione w zwykłych żarówkach, wyrzucano za okna wagonów metra. Prowadzone obserwacje utwierdziły szefostwa armii i służb specjalnych w obu krajach, że warto inwestować wielkie środki w badania nad bronią biologiczną. Jak opisuje John Parker w książce „Fabryki śmierci”, Amerykanie w latach 60. zbudowali za ówczesne 100 mln dol. laboratorium i fabrykę broni biologicznej w Pine Bluff w Arkansas. Wkopując pod ziemię ze względów bezpieczeństwa aż cztery kondygnacje budynku. Z kolei Wielka Brytania eksperymenty z bronią biologiczną przeniosła na morze, używając pływających laboratoriów. Po 10 latach testów wyodrębniono ok. 15 najbardziej obiecujących patogenów, zdolnych skutecznie zaatakować ludzki organizm. W tym samym czasie podobne poszukiwania prowadzono w Związku Radzieckim. Co ciekawe, tajnych projektów nie zawieszono po podpisaniu w 1972 r. Konwencji o zakazie prowadzenia badań, produkcji oraz gromadzenia broni biologicznej – choć ratyfikowało ją ponad 140 państw. Jednak społeczność międzynarodowa nie wypracowała skutecznych mechanizmów weryfikacji tego zobowiązania. Już po wejściu układu w życie Związek Radziecki uruchomił pod Moskwą pierwszy ośrodek Wszechzwiązkowego Instytutu Mikrobiologii Stosowanej „Biopreparat”. Wkrótce na terenie ZSRR działało 18 laboratoriów oraz fabryk zajmujących się produkcją oraz doskonaleniem broni biologicznej, stając się osobną gałęzią przemysłu zbrojeniowego zatrudniającą ponad 25 tys. ludzi. Ubocznym skutkiem tego stanu rzeczy była wielka „ucieczka” wąglika z fabryki Biopreparatu w Swierdłowsku pod koniec marca 1979 r. Wytwarzano go w formie sproszkowanej, a po osuszeniu przekształcano w aerozol. Przed wydostaniem się bakterii na zewnątrz chroniły filtry na przewodach komory suszącej. Z powodu błędu obsługi przed weekendem wyjęto zatkany filtr i nie założono nowego. Namnażane w wielkiej kadzi laseczki wąglika, niesione ciepłym powietrzem przez kilkanaście godzin wydostawały się poza teren tajnej fabryki. A że znajdowała się ona niemal w centrum miasta, już kilka dni później wybuchła epidemia. Wedle oficjalnych danych z powodu zakażenia wąglikiem zmarło w Swierdłowsku 66 osób, a kilkaset ciężko zachorowało. Władze ZSRR zatuszowały incydent, twierdząc przez wiele lat, że bakteria rozprzestrzeniała się w mieście za sprawą nielegalnego handlu mięsem pochodzącym z pokątnego uboju. Zawsze może być gorzej Pierwsze dekady zmagań uczonych z patogenami upłynęły na próbach przekształcenia mikroorganizmów w skuteczną broń, która jednocześnie nie zagrażałaby twórcom. Ten ostatni warunek okazywał się wyjątkowo niełatwy do spełnienia. Nawet trudno rozprzestrzeniający się wąglik potrafił wyrwać się spod kontroli człowieka. Gdy zaś w grę wchodził bardziej zjadliwy wirus lub bakteria, zagrożenie gwałtownie rosło. Przedsmaku możliwej katastrofy doświadczyli w 1967 r. pracownicy laboratorium należącego do niemieckiej firmy farmaceutycznej Behring Gmbh. Sprowadzano do niego w latach 60. z Ugandy koczkodany zielone, by testować na nich nowe farmaceutyki. W tamtym czasie nikt nie miał pojęcia o tym, że zwierzęta z głębi Afryki mogą być nosicielami wirusów wywołujących gorączki krwotoczne. Pokąsanie jednego z pracowników laboratorium przez małpę nikogo więc specjalnie nie zainteresowało. Tymczasem ugryziony nagle źle się poczuł. W ciągu kilku następnych dni patogen zamienił organy wewnętrzne chorego w krwawą galaretę, niszcząc wątrobę, płuca, śledzionę i nadnercza, wywołując przy tym obfite krwawienie zarówno wewnętrzne, jak i zewnętrzne. Co gorsza, wkrótce zachorowali kolejni pracownicy laboratorium. Jeden z nich, przed wystąpieniem objawów choroby, zdążył skazić drugi ośrodek badawczy, znajdujący się we Frankfurcie nad Menem. Nim zorientowano się w zagrożeniu, objawy gorączki krwotocznej miały już 33 osoby. Z tej grupy siedmiu chorych zmarło. Epidemię powstrzymano dzięki szybkiej izolacji wszystkich zakażonych. Nowy wirus nazwano marburg od miejscowości, w której po raz pierwszy go zaobserwowano. Wedle późniejszych ustaleń marburg zabija co trzeciego chorego. Ten fakt przeraża, a zarazem czyni zeń niezwykle interesujący obiekt badań dla laboratoriów wojskowych. Tymczasem w 1976 r. nad rzeką Ebola w Zairze uaktywnił się podobny patogen, jeszcze bardziej zjadliwy, bo zetknięcie z nim przeżywał jedynie co dziesiąty zakażony wirusem. Gorączkami krwotocznymi szybko zainteresowały się ośrodki zajmujące pracami nad bronią biologiczną. Pierwsze próbki wirusa eboli dostarczono do brytyjskiego laboratorium w Porton Down. Zatrudniony tam technik Geoffrey Plantt wstrzykiwał patogen świnkom morskim, by następnie naukowcy mogli obserwować przebieg choroby. Jednak pewnego dnia przypadkiem ukłuł się w palec. Skaleczenie natychmiast odkaził, lecz incydent nie dawał mu spokoju. O całym zdarzeniu powiadomił więc zwierzchnika. Jak po latach opowiadał dziennikarzowi Johnowi Parkerowi, autorowi książki „Fabryki śmierci”, ten jedynie nakazał mu regularne mierzenie temperatury. Po pięciu dniach Plantt wymiotował i miał wysoką gorączkę. Dopiero wówczas trafił na oddział szpitala zakaźnego w Londynie. Jak twierdzi John Parker – było prawdziwym cudem, że poruszający się prawie cały tydzień swobodnie po Londynie Geoffrey Plantt nikogo nie zakaził gorączką krwotoczną. Jakby nie dość tego szczęścia, laborant przeżył i gdy wydobrzał, wrócił do pracy w Porton Down. Tymczasem kierownictwo wojskowego ośrodka badawczego, przy wsparciu ministerstwa obrony, próbowało zatuszować skandal. To nie okazało się takie łatwe, bo jeden z pracowników Porton Down skontaktował się z dziennikarzem „Western Daily Press”. Zachowując anonimowość, przekazał ostrzeżenie, iż nawet: „jeden zbiegły z laboratorium zarazek mógłby zmieść życie z powierzchni Ziemi, zabijając miliony ludzi, pozbawionych naturalnej odporności”. Zaniepokojeni takimi rewelacjami posłowie do Izby Gmin w marcu 1983 r. wezwali na specjalne przesłuchanie ministra obrony Michaela Heseltine’a. Ten z ręku na sercu zapewnił ich, iż mogą czuć się bezpieczni. Dobre samopoczucie parlamentarzystów nie skończyło się nawet w 1993 r., gdy poruszony wieściami o wybuchu epidemii eboli w Afryce Geoffrey Plantt postanowił opowiedzieć o swych niezwykłych przygodach z tym wirusem Johnowi Parkerowi. Plotki i brak złudzeń Przebijające się do opinii publicznej informacje o ucieczkach z laboratoriów niebezpiecznych drobnoustrojów, choć bagatelizowane przez rządy, pobudzały masową wyobraźnię. Fakt, że nawet w krajach demokratycznych usiłowano tuszować takie skandale, sprawiał, że w latach 80. pojawieniu się każdej nowej choroby towarzyszyły plotki o jej wydostaniu się z ośrodka badawczego. W krajach Trzeciego Świata przez lata dominowało przekonanie, iż wirus HIV stworzono w amerykańskim laboratorium wojskowym. Amerykańcy imperialiści mieli go używać do „walki z przeludnieniem” w najuboższych rejonach globu. Plotka ta – jak dokumentują na podstawie wywiezionych na Zachód akt KGB Christopher Andrew i Wasilij Mitrochin – narodziła się z inspiracji Kremla. Sowiecki wywiad zadbał w 1983 r. o to, by na łamach ukazującej się w Indiach anglojęzycznej gazety „Patriot” opublikowano tekst o białych naukowcach pracujących dla armii USA, którzy wywołali epidemię AIDS, by eksterminować ludzi o ciemniejszej karnacji. Tę rewelację podchwyciła „Literaturnaja Gazieta”, a po niej inne czasopisma w ZSRR. Po tym, jak plotka rozpowszechniła się w Indiach, a następnie w Afryce, zaczęto ją traktować coraz poważniej także w Europie. Wreszcie w październiku 1986 r. „Sunday Express” ogłosił, że wirus HIV został stworzony przez armię USA. Brytyjski tabloid powoływał się na opinię profesora biologii na berlińskim Uniwersytecie Humboldta Jakoba Segala. Naukowiec z NRD był autorem broszury „AIDS – jej natura i pochodzenie”, w której dowodził, że nowy wirus jest dziełem amerykańskich mikrobiologów i genetyków, którzy udoskonalali go, testując na homoseksualistach z zakładów karnych. Tak zwany raport Segala zrobił furorę podczas konferencji przywódców Ruchu Państw Niezaangażowanych we wrześniu 1986 r. w Zimbabwe. Sprawa stała się tak głośna, że amerykańska dyplomacja przystąpiła do kontrofensywy, żądając oficjalnych wyjaśnień od Kremla. Jednak skuteczna walka z sowiecką akcją dezinformacyjną okazała się możliwa dopiero po 1990 r. Wraz z upadkiem NRD przejęto archiwa Stasi i wyszło na jaw, że Segal pracował nie tylko dla enerdowskiej policji politycznej, lecz także dla KGB. Jednak dowiedzenie, że HIV jest wirusem, który nie uciekł z laboratorium, lecz przeniósł się z afrykańskich małp (prawdopodobnie szympansów) na człowieka, nie stłumiło obaw opinii publicznej. Zwłaszcza że co jakiś czas pojawiają się nowe podsycające lęk rewelacje. Jak choćby ta opublikowana w czerwcu 2012 r. na łamach pisma naukowego „Nature”. W artykule o eksperymencie uczonych z Erasmus Medical Center w Rotterdamie oraz z University of Wisconsin opisano, jak zmutowano wirus budzącej wówczas grozę ptasiej grypy. Współpracującym zespołom genetyków udało się tak wzbogacić H5N1, że był zdolny do bezpośredniego przenoszenia się między ssakami. Co mogło zwielokrotnić stwarzane przez patogen zagrożenie, ponieważ w naturze ptasia grypa nie potrafi przenosić się np. z człowieka na człowieka. Sukces uczonych wywołał interwencję amerykańskiej agencji rządowej NSABB (Biuro Doradcze na rzecz Bezpieczeństwa Biologicznego). Członek zarządu agencji Michael Osterholm podczas publicznej debaty w New York Academy of Sciences ostrzegł, że ucieczka z laboratorium zmodyfikowanego genetycznie wirusa ptasiej grypy może spowodować największą w historii pandemię. Do tego jeszcze wyjątkowo katastrofalną, ponieważ spośród 440 zakażonych „zwykłym” H5N1 zmarło aż 262 osób. Co uprawdopodabniało tezę, że ulepszony wirus, po wydostaniu się na wolność, potrafiłby zabić połowę ludzkości. Wkrótce sprawa przycichła i rozsądek nakazywałby wierzyć, że eksperyment zakończono. Jednak wiedząc, jak bardzo rządy i uczeni uwielbiają zabawy z drobnoustrojami, taką nadzieję można uznać za płonną.

W kraju i na świecie


Jak źli szefowie zmuszają dobrych pracowników do odejścia z firmy

(przeglądając Facebook trafiłem na ciekawy artykuł, który zamieszczam poniżej. Sądzę, że wart przeczytania przez naszych przełożonych każdego szczebla i naszych pracowników. Moim zdaniem warto przemyśleć treść artykułu, może znajdziemy coś co nas zastanowi - MM)

Ludzie nie porzucają pracy, porzucają menedżerów. Nawet najlepsi pracownicy są zmuszani do odejścia z firmy, którą lubią. Powodem bywa przełożony. Po prostu nie chcą pracować z szefem, który ich nie wspiera, zachowuje się nieefektywnie lub zagraża perspektywie rozwijaniu kariery zawodowej i możliwości awansu

Terina Allen, konsultantka ds. zarządzania, wskazuje w amerykańskiej edycji „Forbes Women” na sytuację, gdy pracownicy lubiący swoją firmę są zmuszeni do odejścia z niej z powodu niewłaściwych zachowań  przełożonego. W jaki sposób menedżer może zniechęcić podwładnego do dalszej współpracy?
Osłabienie pracownika
„Jedną z przyczyn złego zarządzania pracownikami jest zmniejszenie ich wydajności i niewykorzystanie ich talentów” - wyjaśnia Terina Alle. I zwraca uwagę, że firma powinna korzystać z tego, że zatrudniła ludzi z doświadczeniem, umiejętnościami i kreatywnością.
Lekceważenie starań pracowników
Kiedy szef daje odczuć swoim pracownikom, że nie ceni ich pracy, w konsekwencji podwładni przestają się starać.
Zachęcanie do bycia ugodowym, zniechęcając do wyrażania sprzeciwu
Terina Alle uważa, że typ złego menedżera to osoba, która potrzebuje akceptacji swojej wizji przez podwładnych. Nie lubi sprzeciwu, dlatego zatrudnia i otacza się ludźmi, którzy nie będą negować pomysłów, które mogłyby nawet zaszkodzić organizacji. Natomiast autentyczni pracownicy mogą nie chcieć pracować z osobą, z którą nie da się dogadać.
Niezapewnianie zasobów, nieeliminowanie przeszkód
Kiedy pracownik czuje się bezpieczny w swoim miejscu pracy, ma odwagę prosić o coś, czego potrzebuje. Z kolei dobry przełożony słucha o potrzebach podwładnych i reagują na nie. Źli szefowie zwyczajnie tego nie robią.
Nieetyczne zachowania
Pracując u osoby naruszającej uczciwość i etykę, pracownik ryzykuje utratę własnej reputacji i szansy na rozwój kariery.
Zły szef. Jak go rozpoznać?
- Nadmiernie unika lub stwarza konflikty. Chaos to jego drugie imię
- Podpisuje się pod sukcesami, za błędy obwinia innych
- Nie angażuje się w różnorodność zespołu
- Nie uwzględnia ścieżek kariery ani celów swoich pracowników,
- Nagradza tych pracowników, którzy wspierają jego złe zachowania,
- Zastrasza współpracowników, tworzy toksyczne i wrogie środowisko,
- Wykorzystuje swoją pozycję do wykorzystywania (również seksualnego) swoich podwładnych.
Terina Allen uważa, że firmy nie mogą sobie pozwolić na to, by dobrzy pracownicy odchodzili wyłącznie z powodu złego szefa. Jej zdaniem firma powinna zatrudnić oraz szkolić menedżerów, dla których priorytetem będzie rozwój współpracowników.
Z kolei pracownikom radzi, by najpierw korzystali ze swojego głosu i mówili, czego potrzebują w pracy. Jeśli wyczerpią wszystkie możliwości, a ich przełożony nadal pozostanie głuchy na ich prośby, dopiero wtedy niech poszukają lepszego szefa.




Miara Mirosław                  
 Przewodniczący KM NSZZ  Solidarność


czwartek, 6 lutego 2020

PIGUŁKA nr.5/20


PIGUŁKA                Warszawa 07.02.2020r.
Co słychać w Solidarności                    Nr 05/20
Tygodnik NSZZ Solidarność Polfa Warszawa S.A.
___________________________________________________________________________________________________________________________________

W Polfie Warszawa  S.A.


Na początku tygodnia w poniedziałek 3 lutego odbyło się drugie spotkanie negocjacyjne w sprawie podwyżek płac. Pisałem wcześniej, że pierwsze spotkanie nie wniosło żadnych rozstrzygnięć czy uzgodnień ale ustaliliśmy, że przed drugim spotkaniem Zarząd prześle nam swoje propozycje podwyżkowe i tak się stało. Nie będę omawiał tej propozycji, która została przez organizacje związkowe odrzucona w całości. Natomiast podczas spotkania 3 lutego udało nam się w niespełna godzinę dojść do sensownych uzgodnień i ustaliliśmy treść porozumienia płacowego, które 6 lutego podpisaliśmy. Oto najistotniejsza część porozumienia:

„§ 1.1. Od 1 kwietnia 2020 roku fundusz wynagrodzeń pracowników wzrośnie o 7% funduszu wynagrodzeń zasadniczych, z czego: 1) Pracownicy zaszeregowani w kategorii 8 – 14, którzy nie otrzymali podwyżki w okresie 1 październik 2019 – 31 marzec 2020, otrzymają 200 zł brutto/etat obowiązkowej podwyżki wynagrodzenia zasadniczego. Warunkiem otrzymania ww. podwyżki jest zatrudnienie u Pracodawcy lub w spółkach należących do Grupy Polpharma przed 1 października 2019 roku oraz ocena roczna za 2019 rok co najmniej B. Obowiązkowymi podwyżkami nie objęte są osoby, które na dzień 1 kwietnia 2020: a) przebywają na urlopach bezpłatnych lub wychowawczych, b) są w okresie wypowiedzenia umowy o pracę, na swój wniosek, c) uzyskały zgodę pracodawcy  na rozwiązanie umowy za porozumieniem stron na swój wniosek (nie dotyczy osób przechodzących na emeryturę lub osób przechodzących do innych spółek w Grupie Polpharma lub Polpharma Biologics). 2)Pozostałą część środków na podwyżki płac zasadniczych rozdzielone będą na poszczególne piony organizacyjne lub obszary, tam gdzie piony nie zostały wydzielone i pozostają do dyspozycji Dyrektorów Pionów/Członków Zarządu, którzy w porozumieniu z bezpośrednimi przełożonymi pracowników dokonają zmian wynagrodzeń. 2.Podwyżki wynagrodzeń będą przyznawane od 1 kwietnia 2020 roku. 3.Podwyżkami wynagrodzeń mogą być objęci pracownicy, którzy otrzymali ocenę za 2019 rok co najmniej B,  zatrudnieni w Polfie Warszawa na dzień 1 kwietnia 2020, z wyłączeniem pracowników przebywających na urlopach bezpłatnych i wychowawczych. 4.Przyznawanie indywidualnych podwyżek wynagrodzeń dokonywane będzie w oparciu o ocenę roczną pracownika (za rok 2019) oraz obecny poziom wynagrodzenia zasadniczego. 5.Przy podwyżkach Pracodawca będzie stosował uzgodnioną z Zakładowymi Organizacjami Związkowymi zasadę, że pracownik który uzyskał co najmniej ocenę B, raz na dwa lata otrzyma minimalną podwyżkę 100 zł brutto. 6.Strony porozumienia ustaliły, że od 1 kwietnia 2020 roku wzrośnie wysokość nagród przyznawanych pracownikom jak poniżej: pochwała oznacza nagrodę w wysokości 400 zł. brutto, dyplom oznacza nagrodę w wysokości 600 zł brutto”.

W tym miejscu chciałbym podziękować Zarządowi Polfy a w szczególności Prezesowi za konstruktywne podejście do negocjacji. Może nawet pierwszy raz w historii, negocjacje odbyły się w sposób tak rzeczowy, bez zbędnych „ceregieli”. Strony przekazały swoje oczekiwania i możliwości i w sposób naturalny w krótkim czasie doszły do porozumienia. Ot tak normalnie a do tej pory było raczej nierealne, oby tak dalej. Chcę  również podziękować Przewodniczącemu MZZ Chemików za bardzo dobrą współpracę w tych negocjacjach, ale oczywiście nie tylko w tych, bo dobra współpraca trwa od dość dawna,  co zapewne jest korzystne w wypracowywaniu wszelkich porozumień.

Pracownicy w kategoriach 8-14 otrzymają obowiązkową podwyżkę 200,00zł, to nasz związkowy postulat, który udało się uzgodnić, ponadto wszyscy mają prawo również do drugiej części podwyżki dzielonej przez przełożonych (poza wyjątkami wymienionymi w porozumieniu -wyżej). Podziału tej drugiej części obawiam się zawsze najbardziej, ale tym razem liczę na profesjonalne podejście do podziału i mam nadzieję, że nie będzie skarg i uwag, że podwyżkę uznaniową dostali ulubieni „pupilkowie” nie mówiąc dosadniej. Wierzę, że kadra zarządzająca, która jest również po odpowiednich szkoleniach, podejdzie do dzielenia podwyżek właśnie w sposób profesjonalny. Oczywiście tradycyjnie proszę o sygnalizowanie nieprawidłowości, jeśli by się jednak zdarzały ale jak wspomniałem, chcę wierzyć, że będzie tym razem ok.

KULIG

W dniach 30.01 -02.02.2020r. odbyła się wycieczka w Bieszczady zorganizowana przez KM NSZZ Solidarność. Tradycyjnie na naszej zimowej wycieczce był kulig, tym razem wozy na kołach, ale śnieg też był a więc nie było źle. Nie zabrakło również tradycyjnie wieczornej zabawy z tańcami, prawie do świtu 😊. Ponadto kolacja grillowa zwiedzanie różnych atrakcji, których w Bieszczadach  nie brakuje. Była to zapewne dla 49 uczestników miła czterodniowa zabawa w oderwaniu od korporacyjnej codzienności.







U właściciela ; W farmacji


Eksperci o lekach biorównoważnych: korzyści dla pacjentów i budżetu    Rynek Zdrowia

Terapiami biologicznymi w Polsce objętych jest około 0,1% pacjentów, podczas gdy w Europie Zachodniej - ok. 20%. Dostępność do takiego leczenia, które dla wielu chorych stanowi jedyną szansę na normalne życie, w naszym kraju jest najgorsza w UE - podkreślają eksperci i wskazują, jak zmienić ten niekorzystny trend. W przeszłości przyczyną niskiej dostępności leczenia biologicznego w Polce były bardzo wysokie ceny leków. Dlatego zaczęto je stosować w ramach programów lekowych - przypominali eksperci podczas konferencji „Kliniczne i ekonomiczne aspekty leczenia biologicznego w Polsce” Wymiar medyczny i etyczny - Niestety, kryteria włączania chorych do tych programów są bardzo restrykcyjne. Pacjent z reumatoidalnym zapaleniem stawów (RZS), łuszczycą, chorobą Leśniowskiego-Crohna, czy wrzodziejącym zapaleniem jelita grubego musi mieć ciężki przebieg choroby, żeby otrzymać leczenie biologiczne - zaznacza Beata Karasińska, dyrektor działu biofarmaceutyków na Europę Środkowo-Wschodnią w firmie Sandoz. W Polsce leczenie biologiczne dostaje zaledwie 3% pacjentów z RZS, podczas gdy w Europie 30%, a w niektórych nawet 40 lub 50%. W przypadku chorób zapalnych jelit często nawet dzieci z ciężką postacią choroby nie są włączane do programu. W Polsce jest prawie 1 milion osób cierpiących na łuszczycę, a tylko 500 dostaje leki biologiczne. To garstka pacjentów, u których łuszczyca osiągnęła bardzo zaawansowane stadium. Kolejnym problemem jest przerywanie terapii po wyznaczonym w programie czasie i wznawianie jej dopiero po nawrocie choroby. - Jest to nie tylko nieetyczne, ale również paradoksalnie skutkuje większymi kosztami, bo efektywność leków po ponownym ich włączeniu może być mniejsza i prowadzi w wielu przypadkach do zmiany terapii na droższą - zauważa Izabela Obarska, ekspert ochrony zdrowia, współautorka raportu „Dostęp do leczenia biologicznego w Polsce”. Jak czytamy w raporcie w przypadku chorób zapalnych jelit czas refundacji w Polsce wynosi maksymalnie 24 miesiące dla infiliksymabu oraz 12 miesięcy dla adalimumabu. Dla chorych na RZS czas leczenia jest ograniczony do 18 miesięcy, a na łuszczycę w zależności od leku od 24 do 96 tygodni. - Jesteśmy jedynym krajem w Europie, w którym tak się dzieje - wszędzie indziej leczenie prowadzi się dopóki jest skuteczne. Zgodnie z rekomendacjami towarzystw naukowych, jeśli terapia jest skuteczna należy ją kontynuować, żeby nie dopuszczać do nawrotu choroby. Bo to nie są leki, których zadaniem jest wyleczenie, lecz zniesienie objawów choroby, spowodowanie by chory lepiej się czuł, by mógł normalnie funkcjonować - zaznacza Beata Karasińska. Wymiar ekonomiczny Eksperci zwracają uwagę, że dostęp do terapii biologicznych można istotnie poprawić poprzez zwiększenie dostępności leków biorównoważnych, stanowiących tańsze odpowiedniki leków biologicznych. W ten sposób budżet państwa mógłby zaoszczędzić ok. 100 mln USD w ciągu 4 lat. Po wygaśnięciu ochrony patentowej leku biologicznego jego produkcję rozpoczyna wielu innych producentów. W stosunku do tych nowych leków stosuje się różne nazwy: ang. biosimilars (leki biologiczne biopodobne) lub bardziej precyzyjnie - leki biologiczne równoważne. Ich pojawianie się na rynku stymuluje konkurencję i obniża ceny. Jak pokazuje wspomniany raport, obecna cena najtańszego infliksymabu jest niższa o 62% od tej z końca grudnia 2013 r., etanerceptu o 43%, trastuzumabu o 50%, adalimumabu o 53%, a rytuksymabu o 53%. Szacunki IQVIA Institute dowodzą, że w wyniku tej konkurencji polski system ochrony zdrowia zaoszczędzi na wszystkich lekach biologicznych ponad 100 mln euro do końca 2020 r. - Ministerstwo Zdrowia wydaje na leki biologiczne 100 mln zł, to oznacza, że gdyby te oszczędności włożono w programy lekowe można byłoby objąć leczeniem biologicznym w przybliżeniu dwukrotnie więcej pacjentów - zauważa Beata Karasińska. Co należy zrobić Eksperci wymieniają cztery zasadnicze kierunki działań, prowadzących do zwiększenia dostępności leków biologicznych w Polsce: 1. Udoskonalenie procedur refundacji leków biologicznych równoważnych: stosowanie przejrzystych i przewidywalnych procedur refundacji poprzez automatyczne umieszczanie leków biologicznych równoważnych na liście refundacyjnej najszybciej jak jest to możliwe po automatycznej obniżce ceny o 25% wznawianie przetargów szpitalnych, kiedy na rynku pojawiają się preparaty konkurencyjne, aby zapewnić stosowanie leków biologicznych najefektywniejszych kosztowo. 2. Zmiany w programach lekowych zwiększające dostęp pacjentów do terapii: rewidowanie kryteriów klinicznych kwalifikacji chorych do programu lekowego, gdy efektywność kosztowa danego programu poprawia się opracowanie przejrzystych kryteriów dla automatycznej zmiany statusu refundacji leków objętych programami lekowymi i przeniesienia ich do katalogu chemioterapii lub refundacji aptecznej. 3. Wprowadzenie przejrzystych zasad dzielenia się korzyściami wynikającymi z konkurencji na rynku leków: reinwestowanie środków zaoszczędzonych w wyniku dopuszczenia do obrotu konkurencyjnych leków biologicznych równoważnych w poprawę dostępu do terapii biologicznych dla większej liczby pacjentów wprowadzenie modeli dzielenia się korzyściami przez wszystkie zaangażowane strony, z uwzględnieniem wynagrodzenia dla lekarzy i pielęgniarek opiekujących się pacjentami w programach lekowych. 4. Wdrożenie ustawicznego kształcenia dla wszystkich interesariuszy: Rozpowszechnianie i ugruntowanie rzetelnych informacji na temat leków biologicznych równoważnych przez organy krajowe zarówno dla personelu medycznego, jak i pacjentów.

W kraju i na świecie


Powołano sztab protestacyjno-strajkowy w PGG

Reprezentanci organizacji związkowych z Polskiej Grupy Górniczej powołali 27 stycznia w Katowicach wspólny sztab protestacyjny-strajkowy. W spółce od końca listopada trwa spór zbiorowy na tle płacowym. Górnicy są też zaniepokojeni rosnącymi zwałami nieodebranego węgla.
Sytuacja jest poważna. Powołując sztab, chcemy dać sygnał, że nie ma już czasu na jakieś pozorowane ruchy. Trzeba działać – powiedział Bogusław Hutek, szef górniczej „Solidarności” i przewodniczący związku w PGG. Wśród zasadniczych punktów konfliktu pomiędzy związkami zawodowymi a zarządem spółki wskazał kwestię sposobu naliczenia i wypłaty nagrody rocznej, nazywanej potocznie „czternastką”.  Kolejnym problemem jest  podwyżka płac w tym roku, będąca przedmiotem sporu zbiorowego. – Spór  jest na etapie mediacji. 30 stycznia mamy kolejne spotkanie z mediatorem i po tym spotkaniu będziemy podejmować decyzje, co do dalszych działań. Na 3 lutego planujemy masówki w kopalniach PGG – zapowiedział przewodniczący.
Zaznaczył, że kwestie płacowe to niejedyny problem, który  sprawił, że centrale związkowe podjęły decyzję o powołaniu sztabu protestacyjnego. – Po pierwsze, martwią nas rosnące zwały węgla przy kopalniach i brak przychodów za zakontraktowany i nieodebrany przez energetykę węgiel. To 1,7 mln ton z przeszło 2,5 mln ton zalegającego na zwałach surowca. Kolejnym złym sygnałem są informację o wstrzymanych inwestycjach i planowanych, jak to się ładnie mówi, przekształceniach organizacyjnych, co w praktyce oznacza zwykle likwidację kopalń – dodał Bogusław Hutek.
      
Masówki w kopalni Pokój

Górnicy z Ruchu Pokój Kopalni Ruda w Rudzie Śląskiej obawiają się, że ich zakład do końca roku zakończy wydobycie. Ma to związek z decyzją zarządu Polskiej Grupy Górniczej, w skład której wchodzi zakład, o wstrzymaniu robót inwestycyjnych przy zbrojeniu nowych ścian wydobywczych.
Obecnie wydobywamy węgiel z trzech ścian. Pierwsza skończy się w marcu, druga w sierpniu, a ostatnia za rok na przełomie grudnia i stycznia. Jeśli w tym roku nie zostaną uruchomione nowe ściany, Pokój zostanie zamknięty – mówi Mariusz Palka, przewodniczący „Solidarności” w Ruchu Pokój. Przewodniczący przypomina, że według wcześniejszych uzgodnień zawartych podczas górniczych protestów pięć lat temu, wydobycie w kopalni Pokój miało się zakończyć w grudniu 2022 roku. - Chcemy, aby te ustalenia zostały dotrzymane – podkreśla Palka. 21 stycznia w kopalni Pokój związkowcy przez cały dzień prowadzili masówki informacyjne dla załogi. - Mówiliśmy, jaka jest sytuacja i jakie zagrożenia. Dotychczasowe prace przy zbrojeniu tych trzech nowych ścian pochłonęły około 50 mln zł. Przerwanie tej inwestycji to wyrzucenie tych pieniędzy w błoto. Mówiliśmy też o tym, że poprosiliśmy o pomoc wiceministra odpowiedzialnego za górnictwo Adama Gawędę i on zobowiązał się do przeanalizowania sprawy. Zadeklarował, że na przełomie stycznia i lutego  przekaże nam odpowiedź – mówi przewodniczący. Zaznacza, że decyzje związków zawodowych , co do dalszych działań zostaną podjęte po zapoznaniu się z odpowiedzią wiceministra aktywów państwowych Adama Gawędy. Z pewnością załoga będzie walczyć w obronie swojej kopalni, a my staniemy po ich stronie, tak jak było to w przypadku Sośnicy i każdej innej kopalni, które broniły się przed zamknięciem w 2015 roku – zapowiedział szef górniczej Solidarności Bogusław Hutek W dniu masówek zarząd PGG wydał w oświadczenie, w którym nie odniósł się bezpośrednio do informacji o likwidacji kopalni, ale zaznaczył, że „obecnie trwają analizy dotyczące planów techniczno-ekonomicznych kopalni, mające na celu wypracowanie najbardziej optymalnego modelu jej funkcjonowania w ramach kopalni zespolonej Ruda" . Zapewnił jednocześnie, że nie ma żadnych planów dotyczących zwolnień, a „ewentualne przemieszczenia pracowników Ruchu Pokój będą realizowane w ramach kopalni zespolonej Ruda”. Ruch Pokój zespolona zatrudnia 1200 osób.


Miara Mirosław                  
 Przewodniczący KM NSZZ  Solidarność


czwartek, 30 stycznia 2020

PIGUŁKA nr.4/20


PIGUŁKA                Warszawa 31.01.2020r.
Co słychać w Solidarności                    Nr 04/20
Tygodnik NSZZ Solidarność Polfa Warszawa S.A.
___________________________________________________________________________________________________________________________________

W Polfie Warszawa  S.A.


W ubiegłym tygodniu pisałem o sytuacji, która bardzo mnie wyprowadziła z równowagi a dotyczyła zmian struktury, przenoszenia pracowników i zwolnienia pracownika. Po interwencjach, pismach doszło do spotkania z Zarządem Polfy podczas którego wyjaśniliśmy sobie wiele kwestii. Pewne działania zostały zatrzymane i mam nadzieję, że teraz nastąpi okres lepszej współpracy, konsultacji z korzyścią dla firmy i pracowników. Chcę podziękować Zarządowi Polfy, spotkanie i rozmowa dają nadzieję na to, że Zarząd Polfy chce przeprowadzić działania związane z wygaszaniem firmy, przenoszeniem produkcji i uruchamianiem nowej fabryki w sposób transparentny i uczciwy. Tego co się obawiam i będę się bacznie przyglądał to odgórne decyzje ( czytaj – Grupy Polpharma), podejmowane z za biurka gdzieś tam, bez konkretnej wiedzy o realiach tu na Karolkowej. Tak jak pisałem tydzień temu, jeśli nie pozwoli nam się przechodzić w sposób uczciwy, zmian jakie nas czekają, jeśli zapomni się o naszych pracownikach podczas rekrutacji do nowej fabryki, to będziemy podejmować odpowiednie działania. Póki co wygląda na to, że sytuacja się uspokoiła, ale to nie uśpi naszej czujności. Nie mam zaufania i już nie będę miał i nie dlatego, że jestem nieufny a dlatego, że przez te prawie 8 lat bardzo się starano żebym zaufania nie miał.

We wtorek 28 stycznia, przedstawiciele organizacji związkowych mieli możliwość zwiedzenia  nowej fabryki w Duchnicach. W pierwszej części naszego pobytu uczestniczyliśmy  w spotkaniu z Zarządem Spółek ( CUN i ZFP Inwestycje). W rozmowach ze strony Zarządu Spółek uczestniczyli:  Frederic Papp; Frank Ternes oraz  Igor Kostyszyn.
Podczas spotkania mieliśmy możliwość zapoznać się z  aktualnymi zamierzeniami dotyczącymi uruchamiania nowej fabryki, mogliśmy również porozmawiać o naszych związkowych oczekiwaniach dotyczących przede wszystkim zatrudniania pracowników Polfy Warszawa w fabryce w Duchnicach. Cieszę się bardzo, że to spotkanie miało miejsce, że mogliśmy poznać zagranicznych członków Zarządu, mogliśmy im przybliżyć nasze oczekiwania, nasze zasady działania związków zawodowych w Polsce, strukturę itd. Wydaje się, że panowie: Frederic i Frank również pozytywnie odebrali to spotkanie. Nie pomijam tutaj roli Pana Igora Kostyszyna, wręcz przeciwnie cieszę się, że jest w Zarządzie przynajmniej jedna osoba, która jest związana z Polfą od wielu już lat i doskonale zna realia naszej firmy i zasady dialogu społecznego. Niemniej jednak najważniejszy cel tego spotkania polegał na przedstawieniu naszych oczekiwań, członkom Zarządu, którzy przyjechali dopiero co do Polski i są zatrudnieni od 1 stycznia 2020r. Składam podziękowania Pani Prezes Katarzynie Pacut, która zorganizowała i doprowadziła do tego spotkania.
Po rozmowach mieliśmy możliwość zwiedzania fabryki. No i w tym miejscu, czy to będzie się komuś podobać czy nie, muszę uczciwie napisać, to co zobaczyliśmy wprawiło nas można powiedzieć nawet podziw.
Już jakiś czas temu jak umieściłem w „Pigułce” fotografie powstającej fabryki, pisałem, że na zewnątrz prezentuje się bardzo ładnie, okazale i nowocześnie. Natomiast teraz zobaczyliśmy to co dzieje się w środku i rzeczywiście zaskoczyło to nas pozytywnie bardzo. Pierwsze nasze duże zdziwienie wywołała olbrzymia ilość pracowników ( jak nam przekazano około 150 osób), którzy we wszystkich trzech budynkach od piwnic po dach, wykonywali tego dnia wszelkie prace związane z uruchamianiem fabryki. Te prace w różnych miejscach są na różnych etapach. Niektóre pomieszczenia to jeszcze betonowe ściany i aktualnie instalowanie podłóg, ścian działowych, instalacji kanalizacyjnych, wodnych, elektrycznych itd. Inne pomieszczenia to już praktycznie testowanie urządzeń kotłowni, sprężarek, klimatyzacji a wszędzie tam nowiutkie nowoczesne urządzenia. Natomiast budynek w którym są biura i kontrola jakości, stołówka, kuchnia, to już praktycznie ukończone wszystkie prace. Zapewne największe wrażenie, to laboratoria kontroli jakości, bo tam już są testowane nowoczesne, nowiutkie urządzenia i faktycznie KJ wyglądało dla mnie tak, jakby fabryka już pracowała. Tu też podziękowania dla Pań z KJ za oprowadzenie i przekazaną wiedzę. Podkreślę raz jeszcze, zrobiło to wszystko na nas duże, pozytywne wrażenie. Natomiast żeby było naprawdę się z czego cieszyć, to po pierwsze musi tam ruszyć produkcja, która jeszcze da się korzystnie sprzedawać a po drugie, co jest dla nas związkowców najistotniejsze, to mają tam pracować nasi pracownicy z zamykanej Polfy Warszawa. To jest istota sprawy, bo autentyczny mój zachwyt nad powstającą nowiutką, śliczną fabryką, nic nie znaczy, gdy nie będzie tam produkcji i naszych ludzi z Polfy a do tego jeszcze daleka droga. Chociaż pierwsza linia produkcyjna ma testowo ponoć wystartować w tym roku a druga w przyszłym a wszystkich ma być o jeszcze kilka więcej. To czy tak będzie zobaczymy, trudno być przekonanym, że tak będzie, bo już tyle było koncepcji i zmian, co do tej fabryki i nie wiadomo co za chwilę z różnych powodów, może jeszcze się wydarzyć. Reasumując można podziwiać to co powstaje, „bez dwóch zdań”, ale do ewentualnego zadowolenia z uruchomionej fabryki z pracującymi tam „Polfiakami” droga daleka i póki co nie ma żadnej pewności, że realna, tak naprawdę – oby była realna. Osobiście mocno trzymam kciuki, za to żeby się wszystko powiodło i nie dlatego, że zależy mi na sukcesie Grupy Polpharma a dlatego, że skoro zamykają nam fabrykę ( niepotrzebnie zresztą, nigdy tego nie wybaczę), to pragnę żeby nasi ludzie mieli chociaż tam pracę.

Na koniec takie moje tam przemyślenia, co do wczorajszego komunikatu CEO Office:
„Wynik badania Puls Polpharmy
Dziękujemy za Wasze zaufanie! Wskaźnik zaangażowania 47% oznacza, że tylu Pracowników jednocześnie mówi pozytywnie o Polpharmie, wiąże z Polpharmą swoją przyszłość zawodową i czuje się motywowana do działania”.
Zastanawiam się, czy jest się z czego cieszyć, gdy 47% pracowników mówi pozytywnie o Polpharmie i 47% pracowników wiąże swoją przyszłość zawodową z Polpharmą i 47% pracowników czuje się motywowana do działania, no bo tak to należy moim zdaniem odczytać ten komunikat. To ja się pytam, jak mówi o Polpharmie 53% pracowników, gdzie widzi swoją przyszłość zawodową 53% pracowników i co z 53% pracowników, którzy nie czują się motywowani do działania. Ja tam z matematyki nie jestem za bardzo biegły, ale 53%, to chyba więcej niż połowa załogi a 47% to raczej mniej niż połowa załogi. Czuję, że wychodzi na to, że ja nie zrozumiałem logiki tego komunikatu. No ale skoro nie kumam logiki korporacji, to jak ja „biedny żuczek” mam zrozumieć taki komunikat, to pewnie trzeba się cieszyć, że taki jest wynik badania Pulsu Polpharmy.

U właściciela ; W farmacji


Polskie firmy farmaceutyczne? Pozostało ich niewiele      Rynek Aptek

Wskutek nieprzemyślanej i nieodpowiedzialnej polityki prowadzonej przez poprzedników, polegającej na wyprzedaży polskich fabryk produkujących leki głównie kapitałowi zagranicznemu, trudno jest mówić o ochronie polskich firm - odpowiada wiceminister zdrowia. Firmy farmaceutyczne, które zainwestowały w Polsce (krajowe i zagraniczne), oczekują, że rząd RP swoją polityką będzie je wspierał, by w ten sposób chronić krajowych producentów leków i minimalizować uzależnienie krajowego rynku od czynników zewnętrznych - pisze w interpelacji poseł Władysław Kosiniak-Kamysz. Pyta Ministra Zdrowia, co zamierza robić, by chronić polskich producentów leków przed zewnętrzną konkurencją? Odpowiedzi udzielił mu wiceminister zdrowia, Maciej Miłkowski. Przede wszystkim podkreślić należy, iż obrót produktami leczniczymi odbywa się w dużej mierze na zasadach gospodarki wolnorynkowej, ograniczonej jedynie w obszarze refundacji. Niestety przez lata zaniedbań i niezrozumiałej polityki poprzednich rządów, które lekkomyślnie pozbywały się polskich zakładów produkujących leki w chwili obecnej rynek leków w Polsce uzależniony jest w dużej mierze od importu z zagranicy. Polscy przedsiębiorcy, wytwarzający leki w kraju pokrywają zaledwie 40% rynku. W obszarze dostępności do substancji czynnych i półproduktów udział polskich przedsiębiorstw w ich wytwarzaniu krajowym jest jeszcze mniejszy - informuje Maciej Miłkowski.
Tendencją ogólnoświatową jest przenoszenie produkcji substancji czynnych do krajów azjatyckich, gdzie ich wytwarzanie jest dużo tańsze niż np. w krajach europejskich. Powoduje to uzależnienie gospodarki od dostaw zagranicznych, które w sytuacji kryzysowej, mogą podlegać istotnym ograniczeniom. Nie ma prostej recepty przeciwdziałania tym negatywnym zjawiskom. Należy przypomnieć, że Polska od 2004 roku pozostaje w strukturach Unii Europejskich, a jednym z głównych filarów działania Unii jest swobodny przepływ towarów. Polska nie ma zatem możliwości zabronienia przedsiębiorcom zagranicznym wprowadzania swoich produktów na rynek polski, które są wytwarzane w innych krajach UE. Nie może również nakazać tym firmom produkowania leków na terenie Polski jeżeli chcą je sprzedawać na polskim rynku - dodaje. Wskutek nieprzemyślanej i nieodpowiedzialnej polityki prowadzonej przez rząd, którego Pan poseł był członkiem, polegającej na wyprzedaży polskich fabryk produkujących leki głównie kapitałowi zagranicznemu, trudno jest mówić o ochronie polskich firm, skoro w zasadzie oprócz należącej do Skarbu Państwa Polfy Tarchomin pozostało ich niewiele (według różnych źródeł z dużych liczących się firm farmaceutycznych na polskim rynku z kapitałem polskim pozostały 3 firmy oraz kilkanaście małych produkujących bardzo mały wolumen leków głownie OTC oraz suplementy diety) - odpowiada politykowi wiceminister. Dodaje: - Co gorsza brak jakiejkolwiek polityki rządu, którego był Pan członkiem doprowadził niemal do upadku i tego ostatniego zakładu produkcyjnego. W przeciwieństwie do rządu PO-PSL obecny rząd, za pośrednictwem Ministra Zdrowia, postarał się o przywrócenie zdolności wytwórczych na właściwym poziomie w Polfie. W tym celu zakład ten został objęty programem dokapitalizowania w wysokości 200 mln złotych.

W kraju i na świecie


Komisja Krajowa NSZZ Solidarność obradowała w Sali Kolumnowej Pałacu Prezydenckiego

Na zaproszenie Prezydenta Andrzeja Dudy w roku 40-lecia naszego związku, pierwsze w tym roku posiedzenie Komisji Krajowej NSZZ Solidarność odbyło się 29 stycznia w Sali Kolumnowej Pałacu Prezydenckiego. W części oficjalnej przemawiał Prezydent RP – Andrzej Duda oraz Przewodniczący KK NSZZ Solidarność – Piotr Duda.
Po tej części oficjalnej i po opuszczeniu sali przez media, odbyła się część robocza spotkania w której głos zabrało kilkudziesięciu członków KK NSZZ Solidarność. Informowali Prezydenta RP i zwracali się o pomoc w wielu sprawach i problemach dotyczących konkretnych branż, firm jak np. Castorama, czy stocznie, jak również zagadnień takich jak emerytury stażowe itp. Mnie osobiście bardzo ucieszył fakt, ze Piotr Duda w dość długim wystąpieniu dotyczącym potrzeby zawierania Układów Zbiorowych zwrócił się do Prezydenta o pomoc. W dalszej części uczestnicy spotkania udali się na lunch, podczas którego była również możliwość krótkiej indywidualnej rozmowy z Prezydentem RP i zrobienia zdjęć.

Komisja Krajowa NSZZ Solidarność, to najwyższa władza wykonawcza licząca 104 osób wraz z Przewodniczącym, Prezydium KK oraz Przewodniczącymi Regionów i Sekretariatów Branżowych.

 










                
                             

Miara Mirosław                  
 Przewodniczący KM NSZZ  Solidarność